Start    Aktualności   Artykuły   Galerie   Kontakt

Wspomnienia z (S)OMO i POMO


Obozy 2016
 

Świadectwa dzieci

Podczas obozów zachęcaliśmy dzieci, by opowiedziały o tym, jak Bóg działał w ich życiu podczas obozu i co wspaniałego odkryły. Kilkoro z nich podczas specjalnego wieczoru odważnie o tym zaświadczyło.

Bardzo bałam się zasypiać wieczorem. Przyjechałam na obóz z takim lękiem i martwiłam się, jak to będzie, bo zawsze mama pomagała mi wyciszyć się. Na obozie modliłam się i nastąpiła zupełna zmiana. Po mojej modlitwie strach zniknął i do końca obozu nie miałam problemów z zasypianiem. (Hania, 12 lat)

Cieszę się, że mogłam być na obozie i poznawać Pana Boga. Tam, gdzie mieszkam nie mam możliwości chodzić do społeczności wierzących. Wyjeżdżam z obozu, ale wiem, że Pan Jezus pojedzie ze mną. (Chisom, 9 lat)

Kiedy cztery lata temu po raz pierwszy przyjechałem na obóz, oddałem swoje życie Panu Jezusowi, ale to nie była poważna decyzja. W tym roku zrobiłem to rzeczywiście świadomie, na poważnie, bo wiem, że to sprawa życia i śmierci. (Igor, 10 lat)

Przekonałam się, że warto czytać Biblię i modlić się. Na obozie modliłam się o uzdrowienie mojej stopy i Bóg wysłuchał modlitwę, nie czuję już bólu, mogę normalnie chodzić. Bóg również pomógł mi poradzić sobie z problemami w relacjach z moją przyjaciółką – robiłam wiele niewłaściwych rzeczy, chcę odwrócić się od nich. Bóg dał mi pokój do serca, pomimo zerwanej relacji. (Julia, 15 lat)

Na obozie odkryłem, że warto być wiernym Bogu podobnie jak Szczepan. Odkryłem, że Bóg mówi prawdę i dotrzymuje obietnic. (Bartek, 11 lat)

Odkryłem, jak żyć dla Boga, jak Mu się podobać i być gotowym na Jego powtórne przyjście. (Gracjan, 8 lat)


OMO 2016

Nowe doświadczenie
 
Wolontariat na Obozie Młodych Odkrywców to dla mnie całkiem nowe doświadczenie, m.in. ze względu na służbę dzieciom z różnych kościołów. Cieszę się i dziękuję Bogu, że mogłem poświęcić trochę swojego wakacyjnego urlopu na pracę z chłopcami w wieku 7–11 lat. Wspaniale było dzielić się z nimi swoją wiarą oraz wzmacniać tych, którzy już oddali swoje życie Jezusowi. Choć w mojej grupie nikt z nienawróconych nie powierzył się Bogu podczas obozu, to jednak wierzę, że jeszcze pojawią się owoce w myśl słów Pawła: …ani ten, co sadzi, jest czymś, ani ten, co podlewa, lecz Bóg, który daje wzrost” (1 Kor. 3:7).
Wiele osób współczuło mi tak trudnej grupy, ale myślę, że pomogły modlitwy, a także wieloletnie doświadczenie z pracy w szkole.
Bardzo zbudowała mnie postawa mojego siedemnastoletniego pomocnika Maćka, który z mocą i prostotą dzielił się swoją wiarą. Dobrze też wspominam współpracę ze wspaniałą kadrą z różnych kościołów. Dziękuję im za otwarte serca, dobre pomysły i okazywanie szacunku swoim podopiecznym.
Daniel


POMO 2016

Jak w rodzinie

Na obóz POMO pojechałam, można by powiedzieć, przypadkowo. Po prostu kolega, który znał innego kolegę, który znał innego kolegę....który współpracował z MED-em, zamieścił post na Facebooku, że poszukiwani są wolontariusze na obóz z dziećmi. Nie zastanawiając się długo, wysłałam zgłoszenie i wierzę, że był to taki niespodziewany, radosny Boży plan. Oddana Bogu, fantastyczna kadra i świetna organizacja – to były pozytywnie zaskakujące aspekty, które uderzyły mnie od pierwszych chwil w Wicku. A potem przyjechały dzieciaki. Grupa 11 małych chłopców z przeróżnych, często trudnych środowisk. Zostałam ich wychowawcą – to było codzienne, całodzienne wyzwanie. Na szczęście lubię wyzwania. Było ciężko, były trudne chwile, momenty bezsilności i zwątpienia.... Jednak przede wszystkim towarzyszyła mi ogromna radość i satysfakcja z budowania relacji z dziećmi i obserwowania, jak bardzo rozwijają się w ciągu tego tygodnia, jak bardzo wzrastają. Dostrzegałam, że coraz więcej rozumieją i są coraz bliżej Boga. Dzięki temu, że program obozu jest świetnie przemyślany i konsekwentnie zwiastowana jest na nim Dobra Nowina, każde dziecko ma możliwość konfrontacji z prawdą Ewangelii.
Od początku obozu Bóg szczególnie położył mi na sercu jednego z chłopaków, Olka. Dużo modliłam się o niego i z radością obserwowałam, jak Bóg przemienia jego serce. Ostatniego wieczoru Olek w modlitwie powierzył swoje życie Bogu. Chwała Panu! Jeszcze jeden chłopiec z mojej grupy, Szymon, wyznał w modlitwie, że zaprasza Boga do swojego serca. Dziękuję Bogu za wszystkich chłopaków i za to, jak niesamowicie w nich działał. Dziękuję też za możliwość współpracy z rewelacyjnymi ludźmi – atmosfera wśród kadry była bardzo pozytywna, mogłam w każdej chwili liczyć na wsparcie różnych osób, czułam się tam naprawdę bezpiecznie, jak w rodzinie!
Monika


SOMO 2016

Cud prostej dziecięcej wiary
 

Szczególne chwile pozostawiają szczególne wspomnienia. Takich chwil co roku pełny jest Szczególny Obóz Młodych Odkrywców. Narzędziami w rękach Stwórcy stają się nie tylko wolontariusze. Pan Bóg czyni swoje małe-wielkie cuda poprzez szczególne dzieci. Ten szczególny tydzień był przygodą nie tylko małych, ale i dużych odkrywców. Razem z dziećmi odkrywaliśmy skarby Bożej miłości i przebaczenia, które po raz kolejny okazały się niewyczerpane. Obóz był wyjątkowy, ponieważ Ktoś Szczególny zaszczycił nas Swoją obecnością: Cudowny Doradca był naszym natchnieniem, źródłem mądrości i niepowtarzalnych pomysłów. Bóg Mocny był naszą siłą, której pełnię okazywał w naszej słabości. Ojciec Odwieczny uczył nas ojcowskiej miłości, którą mogliśmy otoczyć dzieci. Książę Pokoju dotrzymał obietnicy, uspokajając dziecięce serduszka i dając nam pokój przewyższający wszelki rozum. Dzieci odjechały, zabierając ze sobą cudowną nowinę o Zbawicielu. Cieszymy się, że mogliśmy im o Nim opowiedzieć. Cud prostej, dziecięcej wiary, którą oglądaliśmy jest zasługą Tego który sam jeden czyni cuda! (Ps.72:18). To dzięki Niemu nie tylko obóz, ale i każdy nasz dzień może być szczególny. Kochany Panie Jezu, dziękujemy, że byłeś z nami!
Aleksandra


OMO 2014

Pojechałam na obóz z MED-em jako wolontariusz wiedząc, że nie wypocznę tak, jak się wypoczywa na urlopie. I nie pomyliłam się. Pobudka o siódmej, opieka nad dziećmi, prowadzenie zajęć, uzupełnianie dokumentacji, wieczorna odprawa kończąca się przed dwunastą w nocy. I tak każdego dnia.

Kiedy wróciłam, ktoś zapytał mnie: „Po co tam pojechałaś? Przecież masz tak mało urlopu i w ogóle nie wypoczęłaś…” Odpowiedziałam krótko: „Bo chciałam J”. Ale te słowa zawierają bardzo wiele argumentów: pojechałam dlatego, że chciałam w ten sposób służyć Bogu, bardzo lubię dzieci, mam wieloletnie doświadczenie w pracy z nimi. Wiem, jak ważne jest to, żeby każdy osobiście poznał naszego Pana Jezusa i oddał Mu swoje życie. Pojechałam, ponieważ problemy w mojej pracy zaczęły narastać. Chciałam przestać o tym myśleć i przypomnieć sobie, co jest najważniejsze w życiu. Zobaczyć, że poza moim światem jest znacznie więcej, że Pan jest wspaniały, a skupianie się na sobie powoduje, że zapominamy o swoim posłannictwie, o ewangelizacji i pomocy innym.

Czy mi się udało? Jak najbardziej. Oderwałam się od codziennej rzeczywistości, skupiłam się na Bogu, poznałam wspaniałe osoby, z którymi mogłam współpracować oraz obozowiczów – dzieci, każde inne, doskonale stworzone przez Boga na Jego obraz, z ich radościami i problemami, mądrymi pytaniami i odpowiedziami. Za nic w świecie nie oddałabym tych sześciu dni nawet za wyjazd na Karaiby.

Chciałabym jeszcze dodać, zachęcając potencjalnych wolontariuszy i rodziców, mogących posłać swoje pociechy, że obozy MED-owskie to najlepiej przygotowane, przemyślane i prowadzone wyjazdy dla dzieci, na jakich byłam. Pan Bóg jest tam na pierwszym miejscu, jako ten, dla którego się wszystko odbywa, a dzieci mają mnóstwo okazji do poznawania Go w ciekawy sposób.

Agnieszka  

              

                POMOi SOMO 2014

           Refleksje poobozowe

                                 

Wierzę, że nasza modlitwa ma wielką moc, ponieważ jest wyrazem zaufania w Nim, dlatego z całego serca dziękuję tym wszystkim, którzy trwali niezachwiani, dodając swojej ufności w Jezusie Chrystusie (Ef 6, 10–20). Wielkim zaszczytem dla mnie było wziąć udział w dwóch organizowanych przez MED obozach (SOMO i POMO) oraz mieć wspólnotę ze wszystkimi, którzy przyłożyli do tego dzieła swoje serce jak i ręce.

Kolejny raz odebrałem niesamowitą lekcję od Boga jako mojego Ojca, który pozwolił mi spojrzeć na temat wychowania oraz kontaktu z dziećmi ze Swojej perspektywy – perspektywy Tego, który wychowuje nas wszystkich jako swoje dzieci i kocha nas niezmiennie. Przekonałem się, jak trudno człowiekowi w oparciu o swoje siły, poznanie i to, co widzi zewnętrznymi oczami dostrzec, a potem odpowiedzieć na prawdziwą potrzebę dziecka, pozostając przy tym stałym i niezmiennym w swoim postanowieniu. Niewidzialny skarb na dnie serc jest poza zasięgiem naszego wzroku, kiedy skupiamy się na chęci oglądania oczekiwanych przez nas efektów oraz chęci wywierania wpływów. Nasza nadzieja nie jest czymś widzialnym (Rz 8, 24–25). Kiedy walczyłem w swoich słabościach okazało się, że nie jestem w stanie dać sobie rady w oparciu o siebie samego, kiedy zewnętrzny człowiek był obnażony w swojej słabości, wtedy otwierały się oczy wewnętrznego człowieka i mogłem widzieć naprawdę, jak wielką Miłością jest Bóg.

Zobaczyłem i zrozumiałem na przykładzie moich doświadczeń z dziećmi, ich braku posłuszeństwa wobec mnie, jak często ja nie słuchałem mojego opiekuna, Ducha Świętego, i jak często ja byłem Mu nieposłuszny w przypadkach, kiedy było to najistotniejsze. Mój niebiański Tata przypomniał mi ponownie, jak bardzo zależy Mu na relacji bliskości w osobistym zetknięciu ze mną jako Jego dzieckiem bez względu na moje postępowanie, dając dowód tego, jak nieustannie wyprzedza mnie w miłości (I J 4, 16–21). Poprzez to zachęcił mnie, abym w indywidualny sposób spojrzał na każde z dzieci, udostępniając siebie bez względu na wszystko.

Zrozumiałem, że w duchowym boju zwyciężamy poprzez poddanie i pełną zależność w Bogu (Jk 4, 7) tylko wtedy, gdy jesteśmy tuż przy Nim, w Jego Synu Jezusie Chrystusie, dlatego On tak bardzo chce mieć nas samych blisko Siebie. Dlatego również pragnie, abyśmy my nawzajem pozostawali w bliskości ze sobą. Bóg włożył głęboko w moje serce pragnienie poznania Jego, poznania tych dzieci oraz prawdziwego wejrzenia w ich potrzeby w Duchu. On pozwolił mi dostrzegać skarb w sercach tych dzieci wtedy, kiedy było to najtrudniejsze. Poprzez modlitwę w Duchu doświadczaliśmy zwycięstwa w walce toczącej się wewnątrz nich, w której różne niewytłumaczalne reakcje spowodowane ich deficytami próbowały przysłonić prawdę.

Konrad

Obóz Młodych Odkrywców

Wisła Jawornik 2014

 

Jaki był ?

Z jednej strony był odkryciem – poznaniem innych osób, dla których praca wśród dzieci może być nie tylko służbą, ale także pasją. Poznanie ich sposobu pracy, indywidualnych pomysłów oraz tego „czegoś”, co sami mają i czym chcą się podzielić z innym – okazało się bardzo cenne. Wspólne rozmowy, wzajemna pomoc, otwartość i ciepło, to coś, co znowu odkryłem na OMO w Wiśle. Bo OMO to ludzie otwarci na Boga i dzieci.

 

OMO był także przede wszystkim czasem poznawania uczestniczących w nim dzieci. Dla mnie fascynujące i niesamowite przeżycie. Czas razem przeżyty, który pozwolił mi, choć w ograniczony sposób, trochę je poznać i zaprzyjaźnić się. Te przeżycia, to coś, czego nie oddałbym i nie zamieniłbym na nic innego, nigdy. To jest to coś , co pcha mnie, by po prostu być razem z nimi. Każde dziecko ma swoją osobowość i swój świat. Możliwość poznania tego świata, wejścia w relacje, są dla mnie bezcenne. Świadomość, jak wiele daje dawanie siebie, ale też jak wiele satysfakcji niesie możliwość odbierania miłości i akceptacji innych, są dla mnie kluczem do bycia wychowawcą, ale też do bycia człowiekiem. Bez tego nie umiem żyć i nie byłbym taki, jakim jestem obecnie.

Wyrazy sympatii, okazywanej w taki szczery sposób, jak tylko dzieci potrafią to zrobić, wzrusza mnie i utwierdza w tym, że warto dawać siebie innym. Dawać coś innym to być bogatym, bo przecież nie warto żyć tylko dla siebie.

Dziękuję Bogu, że dał mi możliwość kolejny raz to przeżyć.   

Z drugiej strony, obóz był dla mnie potwierdzeniem, że warto iść dalej wytyczoną drogą. Warto wstać i iść dalej do przodu, robić to, co się robiło, nie poddawać się pomimo zniechęcenia, bólu i tego wszystkiego, co chce oddalić nas od celu. Nawet, gdy czasem się nie chce.

Znowu wiem, że się nie poddam i nie cofnę, lecz dalej chcę podążać za Bogiem, zachować duszę, dając siebie innym.

 

Nie porzucajcie więc ufności waszej, która ma wielką zapłatę. Albowiem wytrwałości wam potrzeba, abyście, gdy wypełnicie wolę Bożą, dostąpili tego, co obiecał. Bo jeszcze tylko mała chwila, a przyjdzie Ten, który ma przyjść, i nie będzie zwlekał; A sprawiedliwy mój z wiary żyć będzie; Lecz jeśli się cofnie, nie będzie dusza moja miała w nim upodobania. Lecz my nie jesteśmy z tych, którzy się cofają i giną, lecz z tych, którzy wierzą i zachowują duszę.

(Hebrajczyków 10:35–39)

 

Rafał Josse

 

POMO 2011

 

Po raz pierwszy w Szarlocie

 

W ostatnim tygodniu lipca z grupą wolontariuszy z całej Polski mieliśmy przywilej służenia Panu na Kaszubach, w Szarlocie, gdzie po raz pierwszy odbył się POMO (czyli Północny Obóz Młodych Odkrywców), na który przyjechało aż 31 chłopców i 10 tylko dziewczynek. Warto w tym miejscu również wspomnieć, że w kadrze było aż 5 mężczyzn, co jest całkiem niezwykłe, biorąc pod uwagę dotychczasowe obozy OMO i procent służących na nich mężczyzn.

 

Dla organizatorów i całej kadry ten obóz był dużym wyzwaniem, gdyż wszystko (oprócz programu i kilkorga dzieci) było dla nas zupełnie nowe. Byłam już na kilku obozach i ten był dla mnie osobiście najtrudniejszy. Nie potrafię dokładnie zdefiniować, dlaczego fizycznie było tak ciężko. Prawdopodobnie była to suma wielu czynników: nowe dla nas miejsce, prawie same nowe dzieci, deszczowa pogoda itp. Jestem jednak przekonana, że podstawowa przyczyna była duchowa – szatan za wszelką cenę chciał przeszkodzić nam w głoszeniu tam Ewangelii. A walka, w jakiej braliśmy udział, to przecież walka „nie z krwią i z ciałem, lecz ze złymi duchami w okręgach niebieskich”. Bóg jednak ochraniał nas każdego kolejnego dnia obozu i dodawał sił. W dniu wycieczki do Kościerzyny deszcz zaczął padać dopiero wtedy, kiedy wsiadaliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć do Szarloty, a w czasie niepogody nagle pojawiały się zupełnie spontaniczne pomysły na zajęcie dzieciom czasu. Brak krawatów na wykonanie węży Bóg zamienił na pomysł zajęć z masą solną. Oprócz tych codziennych cudów wielką radością dla nas było to, że mogliśmy obserwować, jak zachowanie niektórych dzieci zmienia się z biegiem czasu. Jestem Bogu za to wszystko bardzo wdzięczna.

 

Przede wszystkim jednak głęboko wierzę w to, że Bóg w swej wielkiej łasce poprzez swoje Słowo zwycięży w życiu dzieci, które nam powierzył na ten tydzień. On obiecał, że Jego Słowo nie wróci do Niego puste, ale wyda obfity plon. To jest moją nadzieją i ufnością!

„Bogu niech będą dzięki, który nam daje zwycięstwo przez Pana naszego Jezusa Chrystusa”.

Magda

 

*******

Obie nasze córki Nikola i Jagódka były w tym roku na OBOZIE POMO  w Zielonej Szarlocie i przyjechały bardzo zadowolone, do dziś śpiewają obozowe piosenki i bawią się w obozowe zabawy, a nawet pamiętają wersety. A my – rodzice – jesteśmy bardzo szczęśliwi, że była to okazja do rzetelnego wzrostu duchowego oraz zachęcenie do życia z Bogiem dla naszych dzieci. Mamy nadzieję, że będziecie organizować kolejne tego typu inicjatywy na Pomorzu, w razie czego dajcie znać.

Wdzięczni Rodzice

 

OMO 2011

 

Fajne doświadczenie

 

Propozycję  pomocy na obozie OMO otrzymałam już w zeszłym roku, kiedy byłam jeszcze uczestniczką obozu wspinaczkowego dla nastolatków.  Już wtedy pomyślałam, że praca z dziećmi byłaby dla mnie fajnym doświadczeniem. W lutym dostałam e-maila z zapytaniem, czy jestem nadal zainteresowana przyjazdem do Wisły jako wolontariuszka. Niestety w międzyczasie dowiedziałam się o możliwości wyjazdu do Niemiec na cały miesiąc (właśnie w lipcu) w celu podszkolenia języka.

Modliłam się o właściwą decyzję i po pewnym czasie dowiedziałam się, że pomoc na OMO jest już niepotrzebna, co oznaczało dla mnie, że właśnie Niemcy to miejsce, do którego Pan Bóg chce, abym pojechała. W czerwcu jednak okazało się, że mój wyjazd za granicę się nie odbędzie. Napisałam więc natychmiast do MED-u z zapytaniem, czy może jednak nie potrzebują pomocy. Odpisano mi, że niestety nie, ale już po tygodniu dostałam kolejnego maila, że właśnie zwolniło się miejsce dla pomocnika wychowawcy! Byłam już wtedy pewna, że to jest miejsce na wakacje, które Bóg dla mnie przeznaczył.

 

Jak wspominam ten obóz? Wspaniale! Po raz pierwszy miałam możliwość pracy z dziećmi i to właśnie dzięki nim nauczyłam się tak wiele. W mojej grupie było 10 dziewczynek w wieku 8-11 lat, każda z nich była wyjątkowa i każda mnie czegoś nauczyła, dając mi coś od siebie i dzieląc się swoją miłością do Pana Boga. Ciężko było mi się z nimi żegnać, ponieważ bardzo zżyłyśmy się ze sobą, zwłaszcza pod koniec obozu, gdy dzieci bardzo się otwierały i opowiadały dużo o sobie. Myślę, że to właśnie obecność Pana Boga, atmosfera panująca na obozie i szczególne zaangażowanie wychowawców sprawiły, że OMO nie jest takim zwyczajnym obozem oraz, że dzieci długo będą wspominać tegoroczne wakacje.

 Zuzia B.

 

 

Niepowtarzalny obóz

 

Chwile spędzone na obozie nie wrócą i nie powtórzą się. Jestem pod wrażeniem bardzo dobrej organizacji i kierownictwa. Wychowawcy dobrze się rozumieli, mimo iż niektórzy z nich nie znali się wcześniej. Dzieci przyjechały z różnych miejscowości, różnych rodzin i różnych środowisk.

Z ogromną radością i wzruszeniem obserwowałam, jak podczas indywidualnych rozmów z niektórymi „łobuziakami” zmieniało się ich oblicze i zachowanie. Mogłam zobaczyć, jak dzieci o zranionych i rozbitych serduszkach chociaż przez chwilę są szczęśliwe, uśmiechają się i potrafią powiedzieć słowo „przepraszam”, które do tej pory nie przechodziło im przez gardło.

Wspaniałą sprawą było dla mnie jednak ponad wszystko głoszenie Słowa Bożego wśród dzieci. Za to bardzo dziękuję Bogu. Budujący był dla mnie również czas modlitwy, jaki mieliśmy z dziećmi wieczorami w swoich grupach. Po raz kolejny potwierdził mi Bożą moc i Jego działanie. Dzieci modliły się indywidualnie. Na początku obozu były to tylko dwie dziewczynki, a na koniec już cała grupa: jedenaście dziewczynek i ja.

Przyznaję, że mimo ogromnej odpowiedzialności, jaka spoczywała na mnie jako wychowawcy, pomimo podświadomego stresu i odczuwanego zmęczenia, wróciłam do domu jak na skrzydłach. Dlaczego? Ponieważ czas spędzony w Wiśle Czarnem bardzo mnie zbudował. Radością jest dla mnie praca dla Pana wśród dzieci, gdyż jest ona bardzo wdzięczna.

Jola

 

 

Bardzo dobre miejsce

 

Jestem Bogu bardzo wdzięczna za to, że mogłam na tym obozie być! Wspaniali ludzie go prowadzili, jestem pod wrażeniem ich postawy wobec służby wśród dzieci. Prawdziwi profesjonaliści! Stworzyli niesamowitą atmosferę, w której każdy mógł czuć się dobrze.

Ujęły mnie też dzieci, które były wspaniałymi słuchaczami, uczestnikami wszystkiego, o im było oferowane i potrafiły tak pięknie ten czas wykorzystać. Cieszyły mnie ogromnie rozmowy z nimi i ich postanowienia poobozowe, o których słyszałam, np., że będą czytać teraz codziennie Pismo Święte.

Osobiście jeszcze bardziej doceniam obecnie fakt, że kilka lat temu moi dwaj synowie mogli być na takim obozie, a teraz moja młodsza córka. Obserwuję, jaki to miało wpływ na ich duchowy rozwój i to jest piękne!

Rodzice! Te obozy to bardzo dobre miejsce dla naszych dzieci!

Marzena

 

 

Pierwszy samodzielny wyjazd

 

Kto z nas pamięta swój pierwszy samodzielny wyjazd na wakacje? Ja pamiętam, ale nie są to najmilsze wspomnienia. Miałam wtedy 9 lat i bardzo tęskniłam za domem.

Gdy moja 9-letnia córka w tym roku po raz pierwszy zdecydowała się pojechać na OMO, nie byłam pewna, czy już do tego „dorosła”, ale zaryzykowaliśmy i okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Program obozu był tak bardzo wypełniony, że nie było czasu, aby się nudzić. Niektóre dzieci podobno płakały, ale nie z tęsknoty za domem, tylko za ciocią, która się rozchorowała i musiała wcześniej wyjechać.

Cieszę się bardzo, że ten obóz był równocześnie szkołą nauki wersetów biblijnych na pamięć. Sama najlepiej pamiętam te wersety, których uczyłam się na szkółce niedzielnej. Myślę, że była to również dobra szkoła dla naszych pociech pod wieloma innymi względami, np. nauki samodzielności, budowania właściwych relacji, a przede wszystkim poznawania prawd o Bogu w bardzo ciekawy sposób podczas „Wyprawy na Dziki Zachód”.

Tak sobie myślę, czy ja znalazłabym w domu czas, by jako ilustrację do wersetu: „Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak musi być wywyższony Syn Człowieczy…” zrobić z dzieckiem grzechoczącego węża z krawata? Chyba nawet nie wpadłabym na taki świetny pomysł. A więc dziękuję za te wszystkie super pomysły, wspaniałą i jakże ciężką pracę oraz gorące serca oddane służbie Bogu i dzieciom. Bardzo dziękuję również Panu Bogu za Jego opiekę, ochronę i każdy niezapomniany dzień przeżyty przez nasze dzieci na obozach OMO.

Wdzięczna mama Agnieszka

 

Czarne Perły

Pierwsza grupa – pierwsza klasa! To chłopaki – Czarne Perły – jak sami się nazwali (ponieważ otrzymali na oznakowanie grupy czarne kowbojskie bandany). Od początku uczuliłem ich na porządek i dyscyplinę w pokoju, co zaowocowało wygraną w konkursie czystości! Rozmowy z nimi i przebywanie bardzo mnie radowały i ubogacały, gdyż mogłem zobaczyć w nich zmiany. Pochodzili z różnych kościołów, z różnym bagażem doświadczeń i przeżyć duchowych oraz pewną już wiedzą biblijną. I choć na pozór wiele mogło nas dzielić, to tak naprawdę nie było między nami żadnej bariery religijnej. Była tylko ta świadomość, że Jezus Chrystus jest i powinien być w centrum naszego życia i to On jest Tym, który nas uczy i łączy.

Bycie wychowawcą dla tych chłopaków było dla mnie nie tylko obowiązkiem, ale ogromnym zaszczytem i dowodem szczególnego prowadzenia Ducha Świętego oraz Jego wybrania do pełnienia woli Bożej.

 

Mam na imię Roman, jestem od 12 lat żonaty i mam dwie córki: Agnieszkę oraz Weronikę. Od czterech lat pracuję w szkole podstawowej, ucząc języka angielskiego. Chciałbym się podzielić tym, co znaczył dla mnie Obóz Młodych Odkrywców. Po pierwsze, obóz ten pozwolił mi utwierdzić się w przekonaniu, że wspaniale jest pracować z dziećmi, a zwłaszcza, jeśli oferuje się im dobrą zabawę, śpiew, Słowo Boże, swój czas na rozmowy, spacery i modlitwę oraz inne atrakcje. Cieszę się i dziękuję Jezusowi za to, że widział mnie tam i powołał, dając odpowiednią sposobność i przekonanie.

 

Zaczęło się od tego, że mój przyjaciel Mark z Irlandii Płn. (który mieszka aktualnie w Rybniku) zaproponował mi wyjazd na spotkanie modlitewne w języku angielskim, które odbywa się co miesiąc w Cieszynie. Zgodziłem się. W grudniu się nie udało, ale już w styczniu 2011 wszystko tak się poukładało, że mogłem pojechać. Spotkanie było tak zachęcające i budujące, że zrozumiałem, iż nie jestem tutaj pierwszy i ostatni raz. Na jednym z kolejnych spotkań usłyszałem, że potrzebni są wychowawcy na letnie obozy dla dzieci organizowane przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie „MED”. Wówczas zaświeciło mi jakiejś światełko, bo jedno doświadczenie kolonijne z dziećmi ze szkoły, w której uczę, miałem już za sobą. Dlaczego by nie spróbować czegoś nowego? W końcu oddanie Panu i Jego dzieciom jednego tygodnia z całych wakacji to nie tak dużo.

 

Kiedy wszystko było już załatwione, a ja wiedziałem, że będę nie tylko wychowawcą, ale też gitarowym grajkiem podczas wspólnego śpiewu, zabrałem się do roboty. Należało się przygotować do zagrania zupełnie nowych dla mnie pieśni. I tutaj znów pomógł mi mój przyjaciel Mark, który gra podczas spotkań modlitewnych. Odtworzyliśmy i nagraliśmy z nut kilkanaście piosenek, a potem to już tylko praktyka mogła polepszyć moje umiejętności.

 

W momencie wyjazdu na obóz czułem się dość podekscytowany: nowi ludzie, nowe miejsce, odpowiedzialna funkcja. Zastanawiałem się, czy poradzę sobie duchowo i wytrzymam kondycyjnie. Wierzyłem, że tak, bo takie miałem przekonanie od samego początku, a poza tym chciałem podobać się Panu i Jego współpracownikom.

 

Ciepłe przyjęcie i zaufanie w moje możliwości towarzyszyły mi od samego początku, choć tak naprawdę niewiele o sobie wiedzieliśmy – tyle tylko, co napisałem w karcie zgłoszeniowej. A więc zostałem wychowawcą grupy dziewięciu chłopaków w wieku od 9 do 13 lat. Poza tym miałem przygrywać na gitarze podczas wspólnych śpiewów, prowadzić zajęcia sportowe oraz, co ciekawe, zostać szeryfem Joe w porannym przedstawieniu zachęcającym do biblijnej wyprawy na Dziki Zachód. Niebywałe!

Z pewnością zrobił na mnie duże wrażenie sposób połączenia zabawy w kowboi i Indian z nauką o zbawieniu w Jezusie Chrystusie. Nie tylko dla dzieci świetna frajda, a na dodatek duchowa korzyść. Nigdy nie czułem się tak obdarzony jak wówczas.

Już w pierwszym dniu zmagań, kiedy wieczorem czułem się nieco wycieńczony, wspólna modlitwa o mnie oraz moją grupę poruszyła moje serce tak, że czułem wsparcie łaską Bożą.

 

Pogoda nas z początku nie rozpieszczała, ale mimo to daliśmy radę zagrać w piłkę na niedużej sali sportowej, podczas gdy inni uczestniczyli w zajęciach plastycznych, muzycznych i teatralnych. Głównie chłopcy garnęli się do zajęć sportowych. Choć nie jestem nauczycielem WF, to jednak pomysły na zabawę jakoś przychodziły mi do głowy i mogliśmy dobrze wypełnić ten czas.

 

Nie ukrywam, że przyszły też na mnie trudne chwile, szczególnie kiedy poczułem dziwną samotność – pogrążony w poczuciu niedoskonałości, oddalony od rodziny, znajomych, braci w wierze. Ale jeszcze w tym samym dniu odczułem wielkie wzruszenie na myśl o tym, co tutaj przeżywałem i jakich ludzi spotkałem. Oprócz tego, tak naprawdę nigdy nie odczuwałem całkowitej samotności, gdyż Pan był blisko i dało się odczuć Jego obecność – wystarczyło tylko do Niego się zwrócić, a On umacniał, obdarzał pomysłami, poczuciem humoru, zdrowiem oraz Słowem Bożym. I jedno takie słowo otrzymałem, które wyznaczy mi sposób życia na najbliższe lata: „Ty więc, moje dziecko, nabieraj mocy dzięki łasce, która jest w Chrystusie Jezusie, a to, co usłyszałeś ode mnie za pośrednictwem wielu świadków, przekaż wiarygodnym ludziom, którzy będą zdolni nauczać też innych. Bierz udział w trudach i przeciwnościach jako dobry żołnierz Chrystusa Jezusa” (2Tm, 2, 1-3).

 

Reasumując, pragnę jeszcze raz wyrazić głęboką wdzięczność Panu oraz tym, których postawił na mojej drodze za to, że mogłem wspomóc tak wspaniałe dzieło, jakim są obozy OMO, a tym samym otrzymać Jego pokrzepienie. Odtąd chcę głosić i dzielić się tym, co najistotniejsze i najbardziej wartościowe w moim życiu, tak by radość moja i wasza była pełna. „A teraz polecam was Bogu i słowu Jego łaski, władnemu zbudować i dać dziedzictwo ze wszystkimi świętymi” (Dz. Ap. 20,32). Bowiem: „Więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu” (Dz.Ap.20,35b). I chociaż ten świat rozumie to odwrotnie, my mamy jeszcze świadectwo Syna Bożego w naszych sercach i mam taką nadzieję, że w przyszłym roku znów się spotkamy, by razem z młodym pokoleniem wspólnie budować i odkrywać nie tylko czarujące okolice Wisły Czarnego (ze swoją Białą Wisełką), ale także to, co stanowi prawdziwe piękno i życie.

Z serdecznym pozdrowieniem,

Roman Bugla

 

 

OMO 2010


Pan Bóg podarował mi na obozach cudowny czas oraz objawił swoją wspaniałość w stworzeniu (bo w Wiśle Czarnem jest wiele pięknych miejsc, a do tego dopisała nam pogoda!) i poprzez dzieci, które przysłał! Dzięki nim na nowo mogłam sobie uświadomić, jak ważne jest zwiastowanie im Dobrej Nowiny.

 

W trakcie roku szkolnego prowadzę zajęcia szkółki niedzielnej i obserwuję, że dla wielu dzieci te spotkania stają się po prostu rutyną,
a Książeczka bez słów nie robi już na nich żadnego wrażenia. Natomiast na obozie spotkałam się z dziećmi, które były autentycznie zafascynowane historią Józefa i słuchały jej z otwartymi buziami.

Co więcej, w czasie wieczornych spotkań i innych zajęć udowadniały,

że rozumieją i potrafią praktycznie zastosować przesłanie lekcji biblijnych.

I oby było tak również, kiedy rozpocznie się rok szkolny i powrócą do zwykłych, codziennych obowiązków. Oby Bóg tworzył z nich pokolenie Jemu oddane! Na spotkaniach wieczornych dzieci chętnie czytały Biblię i modliły się. Oby ten zapał nie minął i oby były świadectwem tam, gdzie teraz są!

 

Na ostatnim spotkaniu w mojej grupie posłużyłam się Książeczką bez słów, aby zilustrować drogę zbawienia. Jedna z dziewczynek zaraz potem wzięła książeczkę i oglądała ją kilka razy, dopytując  raz po raz
o znaczenie każdej ze stron.Zapragnęła mieć czyste serce i wejść kiedyś do Królestwa Bożego! Dziękuję za to Bogu i modlę się, by okazało się to szczere i przyniosło obfity plon.

Magda Kaleta

 

SOMO 2010


Zaledwie jeden tydzień, a tak wiele wspaniałych wspomnień! Szczególny Obóz Młodych Odkrywców (SOMO) i panująca tam atmosfera sprawiły, że czułam się jak w rodzinie, mimo że przed obozem nie znałam prawie nikogo. Dlaczego? Ponieważ mamy wspólnego Ojca w niebie, który nas wszystkich zgromadził. Werset, którego uczyliśmy się z dziećmi: Jedni drugich kochajcie i wyprzedzajcie się w okazywaniu szacunku, stał się żywym słowem wśród nas i wszyscy staraliśmy się usługiwać jedni drugim.

 

Czas mijał błyskawicznie, ponieważ był znakomicie zaplanowany
i przemyślany przez organizatorów. Piesze wycieczki, basen, zielony kulig, zabawy z chustą i oczywiście gwoździe programu: lekcja biblijna i.... śpiew. Szczególnie Mati śpiewał cały czas i wszędzie. Wtedy przypominały mi się słowa: Kto śpiewa, ten dwa razy się modli.

 

Czy wszystko było perfekcyjne? Z pewnością nie, ale myślę, że Pan działał tam, gdzie my, jako ludzie, byliśmy niedoskonali! To chyba było najcudowniejsze – cały obóz oddaliśmy Jemu. Jestem przekonana, że to właśnie dzięki Niemu udało się zebrać wspaniałą kadrę i zgromadzić dzieciaki, które były dla nas jak te promyczki z refrenu jednej z piosenek. To był mój pierwszy obóz SOMO, ale jak Pan da, to z pewnością nie ostatni.
Joasia Hałat


OMO 2008

 

Nie tak szybko można zapomnieć o OMO. Doskonale  pamiętam, jak dzień po swoich urodzinach, wcześnie rano spakowałam się i wyjechałam z domu. Przemierzając kilometr po kilometrze zastanawiałam się, czy dam sobie radę, jakie będą dzieci, opiekunowie, a nawet pogoda. I tak pociąg jechał, a  ja  cieszyłam się, że tym razem byłam posłuszna głosowi Ducha Świętego, który pobudzał i zachęcał mnie do tego kroku. Choć było wiele pytań, a może i same  pytania…Jednak głęboko w sercu oczekiwałam dobrych rzeczy na ten czas – i tak też było.

 

Pan Bóg nieprzypadkowo postawił mnie w Wiśle Czarnem. Mogłam doświadczyć między innymi tego, że  wysłuchał wielu moich modlitw, jak i wołania tych, którzy każdego dnia przynosili mnie przed Jego tron. Tylko On mógł sprawić, że na każdym turnusie były takie dzieci, do których „pasowali” właśnie ci, a nie inni opiekunowie. Kadra była jednym Bożym zespołem. To wspaniałe przeżycie poznać ludzi z całej Polski, których serca są pełne pasji dla Boga i pokory, aby służyć następnemu pokoleniu.  

 

Nie było czasu na nudę. Każdy dzień był „skazany” na nową rzecz, nową przygodę.  Bóg włożył w nas twórczość i „uaktywniał” ją  każdego dnia. 

Mogłabym wiele, wiele pisać o tym, co miało miejsce w czasie tych obozów i jak to wpłynęło na mnie… W skrócie powiem, że Pan Bóg nigdy się nie myli! Nie ma przypadkowych sytuacji, miejsc,ludzi. Jeśli On mówi do Ciebie, że to jest miejsce i czas, abyś tam pojechał/a, to zachęcam Cię: bądź posłuszny/a Jego wezwaniu. Nie analizuj nadmiernie, co mówią inni, czy potrafisz, czy się nadajesz itd. Jeśli jest w Tobie Jego wezwanie, choć mała odrobinka chęci, aby pojechać na taki obóz – to On się nie myli i wie, że dasz radę z Nim, że nadajesz się doskonale. On zna motywacje Twojego serca i wie, dlaczego masz w tym miejscu być. Ja za rok znowu chciałabym być na obozie.

Basia Piwowarczyk

 

 

W lipcu miałam możliwość uczestniczenia w obozie organizowanym przez MED. Były to niesamowite dni wypełnione po brzegi Bożą obecnością, której towarzyszył specjalny program przeznaczony dla dzieciaczków.

 

Bożej obecności mogliśmy doświadczać na każdym kroku. Wspaniała kadra, dzieci, pogoda. Wszystko było wspaniałe. Dla mnie, niedoświadczonego wychowawcy, był to owocny czas, gdyż mogłam się nauczyć wielu cennych rzeczy od doświadczonej kadry i za wszystko bardzo dziękuję.

Ania Rokitowska

 

 

Dwa lata temu nasza starsza córka po raz pierwszy pojechała na obóz. Był to obóz w Wiśle organizowany przez MED.W tym roku chcieliśmy posłać na obóz także młodszą córkę. Obawialiśmy się jednak, czy poradzi sobie bez nas. Modliłam się i Bóg dał mi odpowiedź: Przecież  możesz połączyć kilka marzeń razem. Możesz posłać obydwie córki na obóz i pojechać tam z nimi. Możesz być opiekunem a przy tym uczyć się od najlepszych, jak organizuje się obozy. Możesz usłużyć dzieciom z różnych stron Polski.

 

Bóg jest genialny w swoich odpowiedziach. Pojechaliśmy więc całą rodziną, bo mój mąż zdecydował się być pomocnikiem wychowawcy. To był niesamowity tydzień, nasze dzieci świetnie radziły sobie bez nas, a my dostaliśmy pod swoją opiekę dziewięciu fajnych chłopaków. Bóg zadbał o bezpieczeństwo i o to, by nikt się nie nudził. Cały czas uczę się tego, że kiedy mamy serca pragnące, Bóg w nie zagląda i odpowiada na nasze pragnienia.

Bernarda Grzywacz-Nowicka

 

Kiedy wspominam ten tydzień,cisną mi się na usta słowa: szybki, pracowity, błogosławiony. Trochę się obawiałem być pomocnikiem wychowawcy na obozie. Zastanawiałem się, czy dam radę, czy potrafię służyć dzieciom w tak dużej grupie? I po raz kolejny okazało się, że Bóg potrafi wykorzystać nasze słabości i nasze talenty na swoją chwałę.Czas spędzony na tym obozie nie był spacerkiem po płatkach róż. Momentami nasza dziewiątka chłopaków dawała nam popalić, ale nie żałuję ani chwili spędzonej w Wiśle. Serce i wiara rosły, gdy mogliśmy razem z całym obozem uwielbiać Boga czy słuchać modlitw dzieciaków.

Ra

kalendarz wydarzeń Konferencje regionalne Poradnik Dobrej Zabawy Poradnik Dobrej Zabawy

Chrześcijańskie Stowarzyszenie Miłość Edukacja Dojrzałość