Start    Aktualności   Artykuły   Galerie   Kontakt

Wspomnienia z obozów WSPINACZ


WSPINACZ 2016

Na tegoroczny obóz wspinaczkowy wybrało się 40 nastoletnich entuzjastów „łażenia” po skałach. Spotkaliśmy się jak co roku w Wiśle, a zajęcia wspinaczkowe odbywały się pod okiem szkockich instruktorów na Kobylej Skale. Generalnie jest to obóz dla aktywnych, ponieważ oprócz wspinania jest wiele innych okazji do ruchu na świeżym powietrzu. Oczywiście są też inne zajęcia: biblijne, artystyczne czy edukacyjne...

Poniżej kilka wypowiedzi obozowiczów i wychowawców:

Bardzo mi się podobał cały program obozu. Chodzę cały czas zmęczona przez brak czasu wolnego, ale nie szkodzi. Ogólnie kuchnia, zajęcia, atmosfera – bardzo fajne!”

„Podjąłem decyzję, żeby więcej się modlić i czytać Biblię… Myślę, że przyjadę tu za rok".

„Na WSPINACZU 2016 było okropnie fajnie i cieszę się, że rodzice mnie tu wysłali. Poznałam dużo nowych ludzi, no i także dowiedziałam się sporo o miłości".

Na razie nie podjęłam jeszcze decyzji dla Boga, ale myślę, że podejmę ją w najbliższym czasie. Na pewno chciałabym dalej poznawać Boga… Chciałabym też podziękować naszym instruktorom, że byli tu z nami, i że pokazali, że wspinaczka może być fajna i łatwa". (Wiktoria)

Oddałem 26.07.2016 moje życie Panu Bogu". (Martin)

„Planuję iść za Bogiem. (Laura)

„Najwięcej radości w pełnieniu funkcji wychowawcy sprawiły mi relacje. Miałam bardzo fajną grupę, w której nie było żadnych barier w trakcie rozmów czy rozważania Biblii. Spędzanie czasu z nimi, patrzenie jak słuchają, uczą się i współpracują ze sobą to była właśnie radość. Z taką grupą mogłabym współpracować nawet i rok”.

Ela (wychowawca grupy)

WSPINACZ 2014

W kwietniu dostaję SMS-a: „Chcesz się sprawdzić jako wychowawca na chrześcijańskim obozie w lipcu?”. No jasne! I tu pojawił się problem z wolnym terminem, a później okazało się, że kadra jest już skompletowana... a ja tak bardzo chciałam pojechać na obóz wspinaczkowy!

Dzwoni telefon. To organizator obozu. Rozmawiamy i nagle słyszę: „ Jeszcze ma przyjechać grupa z Białorusi, ale potrzebuję kogoś kto zna rosyjski” – Wow! Ja uczyłam się rosyjskiego, niesamowite! Koniec końców – jadę na WSPINACZ! 

15 lipca, ranek – po dłuuugiej podróży jestem na miejscu – Wisła, ul. Kopydło 42. Czekam na resztę kadry. Po południu przyjeżdżają: Kasia, Paweł, druga Kasia i Danusia – zaczynamy przygotowania do obozu! Następnego dnia przyjeżdżają uczestnicy. Czeka nas 10 dni dobrej zabawy! 11 chłopaków z Białorusi: Danik, Stas, Vlad, Ilya, Roman, Zachar, Jan, Vlad, Nick, Edward i Nikita to moja grupa. Czy się dogadamy, czy polubimy? Jak będzie się nam razem spędzało czas? Czy dam sobie radę? Takie pytania chodziły mi po głowie. Na początku miałam trochę problemów, ale z każdym dniem coraz łatwiej było mi mówić po rosyjsku!

 

Wspinaczka (której spróbowałam dopiero ostatniego dnia), gra terenowa, podchody, zabawy wodne, wycieczka na tzw. Trójstyk (miejsce, gdzie spotykają się granice Polski, Czech i Słowacji), basen, wieczór talentów, ognisko – to wszystko mieliśmy okazję wspólnie przeżyć. Oprócz tego każdego dnia czekały na nas ciekawe spotkania biblijne z Johnem, cichy czas, w czasie którego mogliśmy uczyć się z Psalmów, wieczorne spotkania z gośćmi oraz wspólne śpiewanie. A tak przy okazji, kto pamięta piosenki śpiewane przez Białorusinów? J Mogłabym tak godzinami opowiadać o tym, co działo się na obozie!

 

Czym dla mnie jest WSPINACZ? Wspaniale spędzonym czasem. Dobrą zabawą. Spotkaniem z wyjątkowymi ludźmi. Nauką. Rozwijaniem zainteresowań. Odkrywaniem talentów. Poznawaniem Boga. 

 

Czy warto było przyjechać? Oczywiście!!! Dla mnie to Boży cud, że mogłam być na tym obozie! Jestem wdzięczna Panu Bogu za ten czas i za naszą „kierownicę”, która zadbała o to, żebyśmy mieli co wspominać.

Ela Zduniak

 

WIEC 2011

 

A pamiętacie?

Mój Ojciec w niebie jest naprawdę cudowny, bo dał mi możliwość służenia na obozie w roli wychowawcy grupy językowej. Razem przeżywaliśmy wzloty i upadki podczas prób opanowania trudnej sztuki władania językiem angielskim. Obozowicze wywarli na mnie niesamowite wrażenie – nie tylko radzili sobie świetnie na zajęciach z Amerykanami, ale także spróbowali swoich umiejętności na skałce (ja nie miałam tyle odwagi!).

Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że praktycznie całą ideę wspinaczki można odnieść do naszego życia chrześcijańskiego. Na naszych codziennych spotkaniach z Biblią razem z Wami mogłam dowiedzieć się, po co jest skała, kask, lina, uprząż, mapa czy kompas i jak ważne jest słuchanie trenera oraz współpraca w drużynie. Myślę też, że nigdy nie zapomnę wieczornych spotkań z zaproszonymi gośćmi oraz naszej ożywionej dyskusji na temat ewolucji po jednym z nich! Mam nadzieję, że i Wy również zostaliście skutecznie zachęceni do dalszego studiowania Słowa Bożego i podążania za cennymi wskazówkami naszego Trenera.

A teraz, gdy za oknem pada śnieg, oglądam, oglądam i jeszcze raz oglądam zdjęcia z WiEC-u, i wciąż wspominam te wspaniałe 10 dni, które miałam okazję z Wami przeżyć. Pamiętacie nocny alarm? A Scavenger Hunt i baseballa? A ognisko i loterię? A wyprawę do parku dinozaurów? A pamiętacie Wieczór Talentów? Tak? A wycieczkę na skocznię?
A „Nie ma innego jak Jezus” i „Miłość da”? Hm, bo jeśli wspomnienia zaczęły się powoli zacierać, najwyższy czas pomyśleć o spotkaniu za rok!

Aga Rak

 

Po drugiej stronie

Osiem lat temu byłem na WiEC-u jako obozowicz, a w tym roku pojechałem jako wychowawca. Jak to jest stanąć po drugiej stronie? Dla mnie,  przyszłego nauczyciela, było to całkiem spore wyzwanie. Powiem jednak, że Bóg jest niesamowity, gdyż wiem, że czasami popełniałem błędy, ale dzięki wsparciu innych Pan prostował wszystko… I na naukę zawsze jest dobry czas. Odczuwałem Bożą obecność i prowadzenie w różnych chwilach każdego dnia. Chwała mu za to!

 

Czas szybko biegnie, niedługo miną już trzy miesiące od mojego powrotu z obozu, a ja wspominam go i dziękuję Bogu bardzo za możliwość współpracy z wami w te wakacje. Mieliśmy bardzo deszczowy czas, lecz PAN zaopatruje i pomimo wszystko mogliśmy wiele razy się wspinać, pograć w piłkę nożną, siatkową czy baseballa… No i mieć przy tym po prostu niesamowicie dużo frajdy.

Adam Kenig

 

Spojrzenie wstecz...

 

Myśląc o WIEC-u nie wiem, od czego zacząć… Wiele skojarzeń przychodzi mi do głowy, gdy myślę o tym szczególnym dla mnie obozie. W tym roku miałam okazję być w grupie językowej, zupełnie jak za pierwszym razem, gdy byłam w Wiśle. Zajęcia z Amerykanami były czasem dobrze spędzonym. Uczyliśmy się angielskich wersetów (za wyrecytowanie wersetu otrzymywaliśmy ciasteczka „Oreo”, których smak po dziś dzień kojarzy mi się z obozem), poznaliśmy wiele ciekawych gier.

 

Natomiast, jeśli chodzi o społeczności ogólne, to także były błogosławione. Dawało się odczuć Bożą obecność. Dodatkowo często odwiedzali nas ciekawi goście, których wykłady także zapamiętam na długo (miejmy nadzieję). Niespodzianką i zaskoczeniem był alarm przeciwpożarowy, który został ogłoszony w nocy już pierwszego dnia. Zostaliśmy wypędzeni z łóżek i zostały nam przydzielone zadania takie jak jedzenie robaków, gaszenie świeczek palcami itp. Osobiście bardzo podobał mi się ten pomysł kadry (a… robaki w kisielu na szczęście okazały się żelkowe).

 

Pomimo deszczowej pogody, która panowała przez większość dni atrakcji nie brakowało. Mogliśmy udzielać się na zajęciach plastycznych, gdzie tworzyliśmy różnego rodzaju prace. Ważna też dla mnie była możliwość przygotowania przedstawienia o tematyce chrześcijańskiej. Grupa teatralna składała się z naprawdę uzdolnionych osób, toteż nie muszę chyba pisać, że wszystko wyszło dobrze.

Jeszcze jedną rzeczą, o której muszę wspomnieć były obiadki tematyczne, na które musieliśmy przychodzić przebrani. Niekiedy chodziło o to, aby mieć na sobie (bądź też ze sobą) jakiś kolor, a czasem był to szerszy temat, jak na przykład dziki zachód. Mogliśmy puszczać wodze naszej fantazji, a więc śmiechu było co nie miara.

Podsumowując, obóz ten bardzo mi się podobał. Cieszę się, że zdecydowałam się pojechać właśnie do Wisły. Był to błogosławiony czas i mam nadzieję, że w przyszłym roku (chodź teoretycznie będę już za stara) również uda mi się pojechać na WIEC.

Magda Gołaszewska

 

 

Było MEGA!

Popatrzyłam na zdjęcia z obozu, które wiszą na ścianie i stwierdziłam, że napiszę. Chciałabym bardzo podziękować za ten obóz! Był naprawdę świetny i czuję, że z roku na rok jest coraz fajniej! Chociaż pogoda nie dopisała, to i tak zrobiliśmy wszystko, co mieliśmy zrobić.

Wszystkie wyjścia na skałę były świetne, te w deszczu też – nowa mokra przygoda! W tym roku bardzo fajne były wyjścia na boisko, byliśmy dużo razy i robiliśmy świetne rzeczy, szczególnie mam na myśli baseball!

Oprócz tych zajęć, ma się rozumieć, że obóz bez tych wszystkich ludzisków nie byłby tym samym obozem. W tym roku było dużo osób z tamtego roku, sprzed dwóch lat i sprzed trzech lat, dlatego fajnie się dogadywaliśmy.

No i dziękuję za ten ostatni wieczór! To było coś niesamowi-tego! Jak zobaczyliśmy autokar na parkingu, to wszystkim opadły szczeny! Ta pizza na rynku i potem park... Wszyscy byliśmy przekonani, że już wracamy, a tu nie! To było mega!

Dziękuję Bogu, że macie tyle cierpliwości i siły do organizowania obozów. Jest to wspaniały czas, w którym można robić tyle niesamowitych rzeczy, poznać tylu wspania-łych ludzi. Za rok moja młodsza siostra chciałaby przyjechać na obóz, a ja… już jestem za stara.

Kasia Hakalla

 

 

WIEC 2010


Wspomnienie lata


18 lipca 2010, w niesamowicie urokliwym miejscu, jakim jest Wisła, rozpoczął się Wspinacz i English Camp. Pierwsze dwa dni, jak co roku upłynęły na poznawaniu kadry i siebie nawzajem. Nawet stali bywalcy MED-owskich obozów nie czuli się pewnie w obliczu przedstawionych rygorystycznych zasad. ;)

Każdy dzień rozpoczynał się obowiązkową gimnastyką, jednakże więcej było w tym teorii, aniżeli praktyki, bo sporo osób docierało mocno spóźnionych lub wybierało opcję dłuższego spania. ;) Zaraz po gimnastyce mieliśmy „cichy czas”, by spędzić 20-30 minut w obecności Tego, który był koordynatorem całego obozu.

Myślę, że dla wszystkich największą atrakcją była wspinaczka na 15-metrowej skale, pod czujnym okiem fantastycznej kadry ze Szkocji. :) Nawet kiedy pogoda była nie do końca taka, jak byśmy sobie życzyli, dobry humor ani świetne pomysły nas nie opuszczały. Nie było mowy o nudzie! Było też multum wycieczek, różnych gier i zabaw oraz coroczne podchody.

Co najbardziej zapamiętam z tego obozu? Na pewno wszystko, czego nauczył mnie Bóg, wychowawców tańczących „Jezioro Łabędzie” i – jak chyba wszyscy –  nocnego alarmu. ;)

Pozdrawiam, Julka Szczap

 

Boże wakacje


O WIEC-u dowiedziałam się z broszurki, którą przesłano mi z MED-u. Miałam wtedy 13 lat. Zainteresowało mnie szczególnie to, że obóz związany był ze sportem – wspinaczką, i z tym, że mogę podszkolić się w angielskim, rozmawiając z zagranicznymi instruktorami.

 

Wychowałam się w rodzinie wierzącej, rodzice wysyłali moich braci, gdy ci byli młodsi, na obozy MED-u, więc nie było dla mnie zaskoczeniem, że pojadę na obóz chrześcijański. Pomimo tego, że byłam wierząca, nie znałam Boga osobiście i nie przypuszczałam, że On zaplanował to poznanie właśnie na WiEC-u. Stało się to, gdy pojechałam do Wisły po raz pierwszy i gdy z obozu poszliśmy na koncert Rona Kenoly’ego w ramach Festiwalu Życia 2006.

Bóg przemienił moje serce i od tamtej pory to On jest tym, który kieruje moim życiem. Na obozie poznałam wielu ludzi, którzy również doświadczyli Bożej miłości, i dla której przyjechali tu na obóz.

 

Niesamowita atmosfera obozu, wspaniała organizacja, kochający Boga opiekunowie i instruktorzy, odpoczynek od szkoły, wspinaczka na 15-metrowej skale, sprawiły, że w tym roku na WiEC-u byłam już po raz piąty. To są prawdziwe Boże wakacje! Co roku, przyjeżdżając do Wisły, Bóg uczył mnie czegoś nowego i dziękuję Mu, że pozwalał na to, aby obóz odbywał się rok w rok, i za to, że stawiał na mojej drodze tylu nowych ludzi, z którymi mam kontakt do dzisiaj.  Dziękuję Mu też za organizatorki obozu, bez których nic by się nie odbyło – ciocie Danusię i Ewę.

 

Cieszę się, że pomimo tego, że wiek nie pozwala mi już na uczestniczenie w WiEC-u, mogę mieć dalej kontakt z MED-em. Mam nadzieję, że będę mogła przyjechać do Wisły po raz kolejny – tym razem jako wolontariuszka na obozie OMO.
Pozdrawiam,

Zuzia :) Borówka



Po prostu spróbuj

 

18 lipca w Wiśle rozpoczął się jedyny i niepowtarzalny Wspinacz i Englich Camp :D Początek? – jak co roku. Spotkanie w sali, starzy znajomi, uśmiechnięta kierowniczka, pełna energii ciocia Ewa, ale... nowa kadra. Po pierwszym przemówieniu i zapoznaniu z regulaminem...O zgrozo, będzie ciężko. Ale to tylko chwilowe myśli, bo po spotkaniu z wychowawcami wszystko się zmieniło. Opiekunowie okazali się (okazywali się przez cały obóz) śmieszni, zwariowani, i głośni :D To jest to, co młodzież uwielbia.

 

Każdy dzień zaczynaliśmy gimnastyką, na którą niestety nie wszyscy docierali, ale najważniejszy był poranny cichy czas spędzany z naszym najlepszym Przyjacielem. Bardzo wiele można było wynieść z tych spotkań porannych, jak i poranków prowadzonych przez Johna. Naszą główną zachętą było zdanie Po prostu spróbuj. Faktycznie, z jednej strony wystarczy tylko spróbować, a z drugiej jest to nieraz tak trudne. W czasie wykładów dowiedzieliśmy się dużo na temat tego, co robić aby łatwiej nam było po prostu spróbować żyć dla Boga.

 

Myślę, że dla większości uczestników, jak i kadry, największą atrakcją była wspinaczka pod czujnym okiem instruktorów.  Pogoda w miarę dopisała, więc każdy mógł spróbować swoich sił na 15-metrowej skale. Były wzloty (na linie) i upadki (na czyjeś głowy), ale dzięki temu wszyscy świetnie się bawili ! :)

 

W ostatni wieczór przed wyjazdem był czas, w którym każdy mógł pokazać siebie :) Niektórzy śpiewali, inni grali, jeszcze inni tańczyli. Instruktorzy śpiewali Miłość da, a kadra z Polski przedstawiała skecz Kopciuszek – tak Bastek, jesteś bardzo przystojny! :D

 

Obóz był megaśny! Ludziskowie, jedzonko, wspinaczka, nie do opisania. Ten kto był, to czuje bluesa :P Ale to jak było, zawdzięczamy przede wszystkim temu, który tak wspaniale to wszystko zaplanował. Bóg jest wielki!

Do zobaczyska za rok :*

 Kasia Hakalla (Hakalaka)

 

Z pamiętnika początkującego wychowawcy

 

17 lipca. Wyjeżdżam z Lublina na obóz WiEC do Wisły. To mój debiut jako wychowawcy, ale jestem dobrej myśli. Jest trochę stresu, ale powtarzam sobie, że skoro lubię pracować z dzieciakami, to dam radę. 

 

W Wiśle mam być na 15.00. Podróż, zaplanowana od dawna, ma przebiegać bez problemów. Idealne połączenie. Zadowolona siedzę w pociągu, jem kanapkę. Czuję się tak, jakbym to ja sama jechała na kolonie. Po kilku godzinach okazuje się, że mamy opóźnienie. Nie udaje mi się przesiąść na następny pociąg. Lekka panika. Utknęłam w Pszczynie. Następny pociąg za 5 godzin, a telefon Danusi nie odpowiada. Kombinuję, jak by tu dotrzeć do Wisły. Cudem wreszcie łapię Danusię w biurze. Telefonicznie dostaję wskazówki, jak dotrzeć autobusem. Plecak robi się coraz cięższy, jest strasznie gorąco.

 

Docieram wreszcie do Bielska-Białej i wsiadam do autobusu do Wisły. Wiem, że będę spóźniona. Pięknie. Nie dość, że jadę pierwszy raz, to jeszcze nawalam na samym początku. Ta kierowniczka obozu, Danusia, pewnie obedrze mnie ze skóry - myślę i łapię kwadrans snu.

Kiedy wreszcie docieram do Wisły, okazuje się że wszystko wygląda zupełnie inaczej. Cała kadra jest już na miejscu – Ewa, Danusia (uśmiechnięta!!!), dwie Asie, Agata, Bastek, Remik, John i Rick. Wszyscy pełni entuzjazmu i gotowi do pracy. Zapoznajemy się, oglądamy skałkę, na której obozowicze będą ćwiczyć wspinaczkę.

Każdy z nas dostaje informacje o swojej grupie. Dziesięć nieznanych nazwisk. Kto to będzie? Jacy są? Niektórzy z nich to stali bywalcy WIEC-u. Pewnie lepiej ode mnie wiedzą jak wygląda ten obóz. Więc jak ich zaskoczyć? Czym zainteresować? A może po prostu zostawić sprawy własnemu biegowi?

 

Następnego dnia przyjeżdżają instruktorzy wspinaczki i po kolei wszyscy uczestnicy obozu. Z początku nieśmiało, w znajomych grupkach, jakoś cicho i spokojnie. Zwykłe nastolatki – myślę z ulgą.

Jednak z każdym dniem okazywało się, że wcale nie są tacy zwykli.

 

Każdego dnia coraz lepiej się rozumieliśmy i coraz pozytywniej się nawzajem zaskakiwaliśmy. Mieliśmy niesamowity czas. Z jednej strony my – kadra, która tak naprawdę czuła się prawie jak część uczestników obozu, a z drugiej strony oni – cudowna grupa nastolatków z pomysłami, energią i pasją. Między nami motto obozowe – PO PROSTU SPRÓBUJ.

 

No więc próbowaliśmy różnych rzeczy przez te wspólne 10 dni. Zdecydowanie za mało jak dla nas – po 10 dniach dopiero się rozkręcaliśmy i nikt nie chciał wracać do domu! Przez cały obóz przełamywaliśmy bariery, poznawaliśmy siebie nawzajem. Ktoś doskonalił swoje talenty, ktoś nimi służył, a dla innych była to niepowtarzalna okazja, by spróbować czegoś nowego, sprawdzić się.

Było dużo śmiechu, ale i łez...prowadzących do uśmiechu, bo poza frajdą i szalonymi zabawami Pan Bóg dużo nas uczył i na wiele spraw otwierał nam oczy. Każdy dzień razem z Nim zaczynaliśmy i kończyliśmy. Jesteśmy wdzięczni, że się nami opiekował i że dał nam tak intensywny czas!

 

Dopiero kiedy wracałam do domu, poczułam jak zmęczona i już stęskniona jestem za wszystkimi chwilami z obozu. I tak po cichu myślę, że WiEC jest na liście ulubionych obozów Pana Boga!

Kasia Jaruga


 

kalendarz wydarzeń Konferencje regionalne Poradnik Dobrej Zabawy Poradnik Dobrej Zabawy

Chrześcijańskie Stowarzyszenie Miłość Edukacja Dojrzałość